piątek, 25 grudnia 2009

Czas przygotowania

Tak naprawdę, od naszego przyjazdu 18 listopada do początku stycznia nie mamy wiele do roboty. Nie ma absolutnie nic, co musielibyśmy robić. Przytrafiło się szczęśliwie kilka okazji do służby i spotkań, w których mogliśmy uczestniczyć, ale nie mamy jeszcze prawdziwych obowiązków. Można by pomyśleć, że misjonarze zaczynają od wakacji!

Odpowiem, że i tak, i nie. Nauka życia w nowym kraju, w nowej kulturze, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów, cen, realiów, a później przetwarzanie tych informacji i składanie w jedną całość, zabiera na tyle dużo energii, że można tak pożyć przez dobrych kilka tygodni, nic wielkiego nie robić, a i tak kłaść się do łóżka zmęczonym.

A z drugiej strony na pewno mogliśmy pożyć sobie teraz trochę bez pośpiechu, który nieustannie towarzyszył nam w Warszawie. Mogliśmy przemyśleć różne sprawy, odzwyczaić się od dawnego życia, porozmawiać z Bogiem o tym, co przed nami. Wspaniale! A jednak, choć to błogosławieństwo, to też straszna katorga dla pracoholików, którymi zdajemy się być. Może to zresztą nie pracoholizm, może po prostu lubimy działać, a praca i jej efekty przynoszą nam czystą radość? Skoro jednak Bóg zmusił nas do tego postoju, nie może on być bez znaczenia.

Zaczęłam trochę o tym myśleć, i uświadomiłam sobie, że to dość oczywisty wzorzec – i w Biblii, i w “świeckim” życiu. Że to dla nas dobre (choć nieprzyjemne), i może nawet konieczne. Chcesz wykowywać jakiś zawód - musisz iść do szkoły. Wyruszasz w podróż - warto poświęcić czas na spakowanie walizek i przestudiowanie mapy. Tylu było bohaterów Starego i Nowego Testamentu, którzy musieli przeżyć ileśdziesiąt lat, doświadczyć banału życia i rutyny codziennej pracy, poznając przy tym Boga, aby w wybranym przez Niego, strategicznym momencie, zacząć mu służyć i wypełnić misję swojego życia.

Pomyślałam o Narodzie Wybranym, który potrzebował 4 dekad na pustyni, żeby wejść do Ziemi Obiecanej, spojrzałam jeszcze raz na nasze kilka tygodni na zwolnionych obrotach, i odczułam ulgę. Pomyślałam o Jezusie, który przez pierwsze 30 lat życia był w tej samej mierze Synem Bożym, co i później, a jednak nie był sfrustrowany początkowym brakiem służby.
Wreszcie – wyobraziłam sobie smutne konsekwencje działania “na oślep”, bez odpowiedniej dojrzałości i zrozumienia. Pomyślałam – nie jesteśmy aktywistami, wolontariuszami, którzy mają zrobić na kimś wrażenie. Jesteśmy tutaj, żeby wypełniać Bożą wolę i uczyć się. A więc tak, lekcja pierwsza: Czekanie.

3 komentarze:

Monika Quarcoo pisze...

To nie łatwa lekcja...szlifuje charakter, uczy cierpliwości, wytrwałości,wiary i pokory etc. ale warto przejść przez ten etap gdyż pozniej wiele rzeczy wydaje się już łatwiejszych, także kochani wooolnym krokiem do przodu. Wyostrzajcie swój wzrok i nastwacie sie na słuchanie Taty a On was poprowadzi, bo to doswiadczony Pasterz.

Anonimowy pisze...

Czasem mam takie skojarzenie, że Bóg jest jak taki dietetyk, patrzy na nas, zna nasze potrzeby, ma dla nas plany, i sporządza menu na każdy dzień: tu trochę ćwiczenia cierpliwości i pokory, drobno posiekana możliwość zobaczyć moc Pana, 10 dag rozczarowania, szczypta łez, odrobina radości, łyżka odpowiedzi na modlitwę i to wszystko pod sosem "Miłość Ojca" - i właśnie tego tak potrzebował nasz organizm duchowy :).

motylem byłam pisze...

Z tym wielkim kontynentem trzeba powoli się oswajać-najpierw żłobek, potem przedszkole, szkoła itd.wszystko w swoim czasie.