Tak naprawdę, od naszego przyjazdu 18 listopada do początku stycznia nie mamy wiele do roboty. Nie ma absolutnie nic, co musielibyśmy robić. Przytrafiło się szczęśliwie kilka okazji do służby i spotkań, w których mogliśmy uczestniczyć, ale nie mamy jeszcze prawdziwych obowiązków. Można by pomyśleć, że misjonarze zaczynają od wakacji!
Odpowiem, że i tak, i nie. Nauka życia w nowym kraju, w nowej kulturze, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów, cen, realiów, a później przetwarzanie tych informacji i składanie w jedną całość, zabiera na tyle dużo energii, że można tak pożyć przez dobrych kilka tygodni, nic wielkiego nie robić, a i tak kłaść się do łóżka zmęczonym.
A z drugiej strony na pewno mogliśmy pożyć sobie teraz trochę bez pośpiechu, który nieustannie towarzyszył nam w Warszawie. Mogliśmy przemyśleć różne sprawy, odzwyczaić się od dawnego życia, porozmawiać z Bogiem o tym, co przed nami. Wspaniale! A jednak, choć to błogosławieństwo, to też straszna katorga dla pracoholików, którymi zdajemy się być. Może to zresztą nie pracoholizm, może po prostu lubimy działać, a praca i jej efekty przynoszą nam czystą radość? Skoro jednak Bóg zmusił nas do tego postoju, nie może on być bez znaczenia.
Zaczęłam trochę o tym myśleć, i uświadomiłam sobie, że to dość oczywisty wzorzec – i w Biblii, i w “świeckim” życiu. Że to dla nas dobre (choć nieprzyjemne), i może nawet konieczne. Chcesz wykowywać jakiś zawód - musisz iść do szkoły. Wyruszasz w podróż - warto poświęcić czas na spakowanie walizek i przestudiowanie mapy. Tylu było bohaterów Starego i Nowego Testamentu, którzy musieli przeżyć ileśdziesiąt lat, doświadczyć banału życia i rutyny codziennej pracy, poznając przy tym Boga, aby w wybranym przez Niego, strategicznym momencie, zacząć mu służyć i wypełnić misję swojego życia.
Pomyślałam o Narodzie Wybranym, który potrzebował 4 dekad na pustyni, żeby wejść do Ziemi Obiecanej, spojrzałam jeszcze raz na nasze kilka tygodni na zwolnionych obrotach, i odczułam ulgę. Pomyślałam o Jezusie, który przez pierwsze 30 lat życia był w tej samej mierze Synem Bożym, co i później, a jednak nie był sfrustrowany początkowym brakiem służby.
Wreszcie – wyobraziłam sobie smutne konsekwencje działania “na oślep”, bez odpowiedniej dojrzałości i zrozumienia. Pomyślałam – nie jesteśmy aktywistami, wolontariuszami, którzy mają zrobić na kimś wrażenie. Jesteśmy tutaj, żeby wypełniać Bożą wolę i uczyć się. A więc tak, lekcja pierwsza: Czekanie.
piątek, 25 grudnia 2009
Czas przygotowania
Autor:
Weronika
o
23:04
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
To nie łatwa lekcja...szlifuje charakter, uczy cierpliwości, wytrwałości,wiary i pokory etc. ale warto przejść przez ten etap gdyż pozniej wiele rzeczy wydaje się już łatwiejszych, także kochani wooolnym krokiem do przodu. Wyostrzajcie swój wzrok i nastwacie sie na słuchanie Taty a On was poprowadzi, bo to doswiadczony Pasterz.
Czasem mam takie skojarzenie, że Bóg jest jak taki dietetyk, patrzy na nas, zna nasze potrzeby, ma dla nas plany, i sporządza menu na każdy dzień: tu trochę ćwiczenia cierpliwości i pokory, drobno posiekana możliwość zobaczyć moc Pana, 10 dag rozczarowania, szczypta łez, odrobina radości, łyżka odpowiedzi na modlitwę i to wszystko pod sosem "Miłość Ojca" - i właśnie tego tak potrzebował nasz organizm duchowy :).
Z tym wielkim kontynentem trzeba powoli się oswajać-najpierw żłobek, potem przedszkole, szkoła itd.wszystko w swoim czasie.
Prześlij komentarz