
Czajkowa w kuchni:)

Nasza dieta w Belfaście była bardzo ciekawa – produkty przechowywane bez lodówki, woda uzdatniana wybielaczem, rozpalanie ognia 3 razy dziennie (a co, gdy pada deszcz?). Skromne zapasy warzyw uszczupliły się, gdy worek marchewek nie wytrzymał temperatury... ostatecznie bazowaliśmy przede wszystkim na produktach z proszku i z puszki.
Nie znaczy to jednak, że nie zakosztowaliśmy żadnych delikatesów! Staraliśmy się urozmaicać menu, udało nam się nawet przyrządzić afrykanerski vetkoek – drożdżowe ciastka, podobne trochę do polskich pączków. Na Wielkanoc ugotowaliśmy z kolei całkiem świąteczne danie: ryż na mleku (mleko z proszku, oczywiście), z owocami z puszki, przywiezionymi z Pretorii i skrzętnie przechowanymi na tę okazję.

Vetkoek w wersji polskiej

Prawdziwym przebojem były gąsienice Mopani. Kupiliśmy paczuszkę suszonych robaków na wiejskim straganie, namoczyliśmy w wodzie, usmażyliśmy na patelni z czosneczkiem... Szczepan jak zwykle śmiało nałożył sobie dużą łyżkę, ja potrzebowałam trochę czasu, by się odważyć, ale warto było: gąsienice mają bardzo przyjemne, delikatne mięsko i chrupiącą skórkę. Oczywiście są też znacznie tańsze niż “prawdziwe” mięso.
Nasza gospodyni i sąsiedzi, zaglądający nam wciąż do garnków, byli zachęceni tym drobnym gestem. Misjonarz je jak tubylcy – powiedziano nam na szkoleniu, więc się przejęliśmy;)

Gąsienice Mopani żyją na drzewach,
niektórzy misjonarze również.





Delicje!
3 komentarze:
hmm ja chyba bym miała większe opory aby skosztować tych "delikatesów"
Wasze miny nie są tą degustacją zachwycone a gąsienice Mopani na drzewach prezentują się bardziej pysznie niż na patelni;
hahaha podziwiam^^
Prześlij komentarz