wtorek, 21 września 2010

Co to jest township?


Należałoby pewnie raz a dobrze wyjaśnić co to township  (czyt. tałnszip). Township to niekoniecznie slumsy, choć w każdym townshipie są slumsowe rejony. Township to ani wieś, ani miasto. Może najlepiej byłoby powiedzieć - dawne getto. Osiedle zbudowane przez białych na obrzeżach miasta (większe miasta mają po kilka townshipów) albo w pobliżu fabryki. Powstawały, by ulokować gdzieś czarnych pracowników, którzy po godzinie 20tej nie mieli prawa znajdować się na ulicach należących do białych ludzi. Czasy się zmieniły, osiedla zostały.

Południowa Afryka to w gruncie rzeczy wsie i townshipy . Piękne prywatne kompleksy, kiedyś przeznaczone tylko dla białych, a teraz dla bogatych, to ułamek rzeczywistości. Maleńkie domki bez kanalizacji, z często nielegalnie podpiętą elektrycznością przykrywają gigantyczne przestrzenie.

Większość afrykanerów unika tych miejsc jak zarazy. Faktycznie, w townshipach nie ma białych. Im głębiej w osiedle, tym większym zjawiskiem jesteśmy. Township ma swój rytm, swój charakter. Sąsiedzi uważnie wszystko obserwują i nie ma mowy o anonimowości. Przy ważniejszych skrzyżowaniach panie gotują papę na ogniu, na straganach z blachy i patyków sprzedaje się cukierki i chipsy, działają prowizoryczne myjnie samochodowe, wulkanizacje... Zwykle jest też przynajmniej jedna pani z plastikowym krzesełkiem, która zaplata warkoczyki. W oczy rzucają się blaszane kontenery, z których można zadzwonić i naładować telefon komórkowy. Dzieci są wszędzie, a mnóstwo ludzi, zwłaszcza starszych panów, po prostu siedzi na krawężnikach lub stopniach i tak im mija czas. I z każdym rokiem pojawiają się kolejne udogodnienia, nowoczesność pcha się nieubłaganie, budują się coraz ładniejsze stacje benzynowe, supermarkety, znane sieci fastfoodów, kolorowe billboardy.

Są też ciemne strony, statystyki które nie napawają optymizmem. Położenie zwykle nieciekawe, na przykład na skraju miejskiego wysypiska (Mamelodi), albo za wielką sztuczną górą, żeby nie raziło w oczy (Soweto). Koleżanki Szczepana, które mieszkają od niedawna w centrum Meetse a Bophelo przyzwyczajają się do nocnych strzelanin. To w townshipach rodzą się zamieszki i ataki ksenofobiczne. Zamiast podziału na ulice są sektory, jak w jakimś dziwnym obozowisku. Można mieszkać w bloku YY lub przy wjeździe 18. Nie da się udawać, że to całkiem normale. Ale życie się toczy, a ludzie nie proszą o litość, nie są żebrakami. Są posterunki policji, szkoły, ośrodki misyjne. No i maleńkie domki, ciągnące się w nieskończoność. To, czego z całą pewnością nie ma, to miejsca pracy. Dojazdy pochłaniają zwykle kilka godzin dziennie i pół pensji.

Przeciętny dom w townshipie w okolicach Pretorii jest już murowany. Czasem w kącie podwórka stoi jeszcze blaszana budka z biedniejszych lat, ale normalnie rodzinę w której ktoś pracuje stać już na prawdziwą budowę. Standardowo niskie ściany przykrywa dach z blachy falistej, także domki są latem potwornie gorące, a w zimie - lodowate. Meble są zwykle znalezione lub "dostane" od pracodawcy, lodówki raczej nie ma lub nie pracuje ze względu na koszt prądu (za prąd płaci się z góry, jak za doładowanie do telefonu), podwórko to skrawek starannie pozamiatanej suchej gliniastej ziemi. Toaleta jest normalnie na zewnątrz, ale woda w domu to już powoli norma. Miniaturowe pokoiki, 2 albo 3, mieszczą w sobie salonik w polskim babcinym stylu, łóżka i w zasadzie więcej nic. Ach, i duma każdego domu - kupiona na kredyt ogromna plazma, czasem też kino domowe i pokaźne głośniki. A do jedzenia sucha papa, gotowana przed domem na ogniu. Jeśli dzieci pokończą szkoły i dostaną dobre prace, przyjeżdżają w odwiedziny luksusowym autem i mogą umocować na maleńkim domku antenę satelitarną. I tak się oto dorabia Południowa Afryka.

0 komentarze: