sobota, 15 maja 2010

Wielkanoc

Czuję się przez większość czasu bardzo swojsko, ale w Niedzielę Wielkanocną tęsknota zaczaiła się i dopadła mnie przebiegle, bez ostrzeżenia. Nie żebyśmy byli wielkimi miłośnikami bazi i czekoladowych zająców. Za rodziną, przyjaciółmi i polskim kościołem tęsknimy permanentnie, nie tylko od święta. A jednak czułam się szczególnie nędznie tego dnia.

Nie wydobrzałam jeszcze do końca po dniach wysokiej gorączki. Nasze namioty nie doschły po poprzednim zalaniu deszczem, “jadalnia” pod drzewem była zdemolowana ulewą i wszystko wyglądało raczej żałośnie. Mieliśmy w Wielkanoc ze Szczepanem dyżur w kuchni – rozpalanie i pilnowanie ognia, gotowanie i sprzątanie przez większość dnia. Dyżur oznacza też pilnowanie namiotów, także nie byliśmy w kościele ani nie uczestniczyliśmy w żadnej służbie. Na widok kolejnego posiłku złożonego z klopsików z puszki i kaszy kukurydzianej mimowolnie przewracało nam się w żołądku. Nie ma domu, nie ma stołu, nie ma prywatności, która by dała szanse rodzinnej atmosferze. Nie ma telefonu, żeby wysłać rodzicom smsa. Nietypowe Święta.


Jak teraz wspominam sobie ten dziwny dzień, próbuję sobie wyobrazić uczniów Jezusa po ukrzyżowaniu. Chyba nie przyszłoby im do głowy ubierać się uroczyście i zasiadać przy zastawionym stole. Kobiety do grobu nie biegły w podskokach, tylko pewnie powłóczyły nogami. Można czuć się nędznie, grunt żeby spotkać Zmartwychwstałego.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

piekne!

motylem byłam pisze...

życie tu nie rozpieszcza! życzymy dużo wytrwałości, zdrowia i radości;