piątek, 4 grudnia 2009

Spotkanie modlitewne w bazie – c.d.

Spotkanie płynęło dalej na modlitwach o Ekwador i Albanię, wszyscy mocno przeżyli też najnowszą informację, że statek misyjny Doulos (gr. Sługa) już w grudniu musi zakończyć swoją służbę. Doulos to prawdziwa morska babcia (tylko ciut młodsza od Titanica), zaważyły względy bezpieczeństwa. Nikt jednak nie spodziewał się, że statek tak szybko straci uprawnienia. Nie spodziewało się tego także prawie 300 misjonarzy mieszkających na pokładzie, którzy z pewnością są zdezorientowani i muszą błyskawicznie podjąć decyzje odnośnie swojej przyszłości. Polecamy ich także waszej modlitwie i wierzymy, że Pan Bóg już szykuje jakiś wspaniały ciąg dalszy.

Po spotkaniu miały być rozmowy przy kawie i ciasteczkach, ale z typowo afrykańską nonszalancją, zapomniano je przygotować:). Nie da się ukryć, wiele rzeczy opiera się tutaj – także w bazie - na radosnej improwizacji, a forma jest raczej “surowa”. Nie przeszkadza to w każdym razie czuć się swojsko i doświadczać Bożej bliskości.






Wiecej zdjec Bazy OM: kliknij TU

Ananasy

We wtorki wszyscy spotykają się w bazie, aby się razem modlić. Tym razem ysłuchaliśmy inspirującą historię misjonarza, który pracował wśród Papuasów. Tubylcy okazali się notorycznymi złodziejami i bez wytchnienia rabowali jego dom i jego uprawę ananasów. Kilka lat frustracji i walki nie przyniosło skutku. Bóg złamał jednak serce misjonarza, tak że on w swej bezsilności oddał wszystko co posiadał Jemu do dyspozycji. Papuasi dalej go okradali, ale on przestał się na nich złościć. Mieszkańcy wyspy natychmiast to zauważyli i zapytali go bez ogródek, co mu się stało, czy wreszcie nawrócił się na chrześcijaństwo. Tak zaczęła się rewolucja w jego służbie!

Jakie są implikacje tej historii? Każdy z nas dobrze wie! Jakich ananasów tak zazdrośnie pilnujemy? Na ile naprawdę kochamy tych, do których powołał nas Bóg, a na ile są to dla nas “dzicy”? Czy zgadzamy się na ten słodki-nieznośny proces przemiany życia, by nasze zwiastowanie w ogóle mogło być skuteczne? Ach...!

Zmagania raczej banalne.

Pierwsze wycieczki po okolicy wspominamy raczej z uśmiechem...

Sprawa pierwsza – bezpieczeństwo! Usłyszeliśmy wiele dobrych rad, wiele z nich mądrych, ale najpierw przyjmujemy je z typowym dla świeżaków brakiem dystansu: “w samochodzie torebka zawsze pod siedzeniem”, “okna i drzwi w domu i w samochodzie zawsze zamknięte – zwłaszcza, gdy jesteście w środku”, “masz prawo przejechać na czerwonym świetle, jeśli czujesz się zagrożony – ktoś się na ciebie gapi, albo coś cię niepokoi”. “Nigdy nie zatrzymuj się na poboczu, nie stawaj na trasie”.

Dobrze, ale co zrobić, jeśli na każdym skrzyżowaniu, na każdych światłach, jest dużo ludzi (dopowiem – czarnych ludzi), którzy sobie po prostu idą lub stoją, niektórzy się oczywiście patrzą, niektórzy żebrzą, pukają w szyby, inni oferują na sprzedaż różne towary, myją okna, rozdają gazety...

Pierwsze momenty są dość nerwowe, mija kilka dni i okazuje się, że to normalni ludzie, że niektórzy są normalnie w pracy, że się normalnie zachowują i nie ma w tym nic niepokojącego. Błogosławieństwem jest dla nas samochodowa nawigacja, którą dostaliśmy od taty tuż przed odlotem, możemy się bez większego stresu poruszać po mieście, nie boimy się że zabłądzimy w jakieś niebezpieczne rejony. Ale nawet nawigacja bywa czasem zdezorientowana – i wtedy okazuje się, że można pojechać nieznaną drogą i świat się nie wali, nawet jak się człowiek zatrzyma na jakimś parkingu - choć oczywiście dobrze wiedzieć, gdzie jest dom!

Pierwsze wyprawy do sklepów i najpierw lekki szok – nasz budżet na życie ciut mniejszy, niż w Polsce, przeliczamy randy na złotówki, porównujemy, a tu proszę – marchewka 5zł, pieczarki 10 zł, mleko 4 zł, głupia natka pietruszki – 8 zł. No i kawa – 30 zł słoiczek. Ach, jak tu żyć! Przyprawy nie takie, jak by się chciało, warzyw niewiele, drożyzna, wszędzie tylko steki i kiełbasy i suszone mięcho.

Ale to też tylko pierwsze wrażenie – jest faktycznie drożej, ale są też produkty znacznie tańsze, jest Makro, jest market warzywny - uruchamiamy kreatywność i zaczynamy zupełnie dobrze wyobrażać sobie naszą codzienność. Weronika po kilku dniach trzyma w dłoni pierwszą główkę świeżego czosnku i oczy jej promienieją, jak u dziecka, co dostało prezent na święta. Hehehehe! Zabawne, co buduje nasze poczucie komfortu i zadomowienia.

Jak tu jest?

Tu gdzie mieszkamy – ładnie jest! Pięknie jest, palmy, słońce, strzeżony kompleks – życie jak z filmu o Miami albo Californi. Nie mieszkamy w luksusach – przynajmniej według tutejszej miary, ale jest wszystko, co można by sobie zażyczyć i więcej, niż to – ciepła woda, pralka, ogródek z grillem, garaż na auto, wyposażona kuchnia, przytulne pokoje. Wszystko to pożyczone tylko na chwilkę, ale czujemy się niesamowicie ubłogosławieni. Nie mamy powodu, by się nad sobą użalać, nie możemy wzbudzić waszego podziwu naszym bohaterskim poświęceniem. Bóg mówi do nas: Ja was przysłałem, Ja o was dbam. Jestem dobrym pracodawcą. Nie myślcie, że coś mi dacie, że kiedykolwiek będę Waszym dłużnikiem. Zawsze jest tylko jeden kierunek – Ja błogosławię, wy przyjmujecie. Zawsze.

Dzień dobry, Afryko, dobranoc...

Calusieńki lot z Izraela do Johannesburga przespaliśmy - łącznie z kolacją. Chyba zmęczenie dało się nieco we znaki! Ale oto nad ranem widać już afrykańską, czerwoną ziemię. Weronika się wzrusza, Szczepan kręci filmik o lądowaniu (jeszcze nam się wtedy zdawało, że tutejszy internet pozwoli na przesyłanie filmików – hahaha!). Ciekawe uczucie – dolecieliśmy na miejsce, do naszego najnowszego domu, a jeszcze go nie znamy! Odbierają nas Lamprechtowie, odwożą, wstawiają nam do lodówki zakupy, które dla nas zrobili, inna para – Glen i Kate – pokazuje, które klucze do czego, mówią że mieszkają niedaleko, ale nie wiemy gdzie, umawiamy się na pizzę na popołudnie. Kręcimy się chwilę po domu jak Simy, które ktoś właśnie wstawił w świeżo zbudowany i wyposażony budynek – to fajne, to ciekawe, ciekawe do czego to, gdzie by się tu rozpakować... Chyba jesteśmy trochę zdezorientowani, podekscytowani, skołowani – nastawiamy budzik na popołudnie, próbując się zorientować, która tu jest tak naprawdę godzina i szybciutko zasypiamy...

Jerozolima

Lecimy przez Tel Aviv – bo najtaniej. Może strach ruszać się z lotniska. Może stres, może ciężkie bagaże (tak, te podręczne też mogą być ciężkie!). Ale mamy kilka godzin, a taksówką do Jerozolimy podjedziemy w godzinkę. Może warto? Nie było czasu zdobyć choćby mapy starego miasta, nie wiemy do końca, gdzie byliśmy – poza tym, że wiemy, że byliśmy przy grobie Jezusa. Nie szkodzi. Byliśmy Go poszukać, ciekawe, czy byśmy go poznali, gdybyśmy byli tam w czasie, gdy za nas umierał. Dobrze było pójść jego uliczkami, jego śladami – trochę to jest zadanie, które trzeba sobie codziennie stawiać. Dobrze zobaczyć starą Jerozolimę, bo przecież cały nasz wysiłek i życiowe ambicje to ostatecznie Nowe Jeruzalem. Dobrze, choć karabiny, drut kolczasty i religijny jarmark kłują w oczy. Chociaż się żeśmy nie nabyli. Cóż to, trzeba będzie jakoś trafić w kroki Jezusa tu, gdzie jesteśmy teraz!




Wiecej zdjec: kliknij TU

Początek.

Zaufaj Panu z całego swojego serca
i nie polegaj na własnym rozumie!
Pamiętaj o nim na wszystkich swoich drogach,
a on prostować będzie twoje ścieżki!
Nie uważaj sam siebie za mądrego,
bój się Pana i unikaj złego!
Przyp 3:5-7

Jak to się wszystko mogło zdarzyć? Na lotnisko odwiózł nas nasz pastor – ten sam, który nas oboje chrzcił całkiem niedawno. Tak się dziwnie nam w życiu zdarzyło, dziwnie – pięknie, żeśmy się mogli spotkać z Jezusem, żeśmy się Go mogli zapytać, co dalej z nami ma być, i że On nam tak dziwnie i cudownie odpowiedział.

Jedziemy więc, wyruszamy, lecimy – małżeństwo z półrocznym stażem, z Bożym entuzjazmem i dotkliwą świadomością własnego nieprzygotowania. Na drogę wzięliśmy błogosławieństwo bliskich i Kościoła, uściski znajomych i nieznajomych, sms z wersetem z Przyp 3. Na własnym rozumie polegać tu nie możemy, bo cóż ten rozum wie o życiu w Afryce, o kwestiach rasowych i plemiennych, o tradycyjnym społeczeństwie zachłyśniętym światem supermarketów, o życiu, które jest znacznie tańsze, niż w Europie. Rozum nie pojmie historii o niedokońca szlachetnych bohaterach, o chaosie w miastach, w rodzinach, w szkołach, o skrywanych sentymentach i tęsknotą, za uporządkowaną przeszłością – uporządkowaną ciężką pracą i niecałkiem czystymi rękami. Co możemy rozumieć z kościołów, których jest przy jednej ulicy czasem kilka, z kultury przesiąkniętej gospel i chrześcijańskim popem, gdzie jednak często Ewangelia okazuje się być pozłacaną fasadą. Co wiemy o życiu z wirusem, który odsuwa bliskich, rodzinę, sąsiadów i kościół na bezpieczną odległość nieznośnej samotności. A wreszcie – jak możemy ogarnąć rozumem doniosłość Bożego działania – przez ręce ludzi, których serca zdają się być złamane bólem, a twarze promienieją radością, i którym nie przeszkadza, że to tylko kropla w morzu; jak ogarnąć gorliwość i determinację modlitw, którzy dobrze wiedzą, że potrzebują ponadnaturalnego działania w swoim życiu, jak pomieścić w umyśle głodne miłości oczy dzieciaków, które nie są pewne w swoim życiu niczego.

A może, to wszystko co nam się przytrafia właśnie, to wcale nie jest dziwne, nieprawdopodobne, niezwykłe. Może to jest najnormalniejsza rzecz na tym świecie, może to powinno być znacznie bardziej normalne. Może więcej pastorów zechciałoby częściej odwozić na lotniska, pociągi, statki, rozstaje dróg, tych, których wcześniej ochrzcili?