sobota, 10 kwietnia 2010

Zmierzyć się ze strachem

Toaleta z której korzystamy jest naprawdę niezła, na betonowej półeczce jest nawet prawdziwa deska klozetowa. Ale... w tropikalnych warunkach, wielka dziura pełna odchodów po prostu musi być także pełna robactwa. Drugiego dnia postanowiliśmy zagazować naszych małych przyjaciół sprayem na robale, rozpyliliśmy w całym pomieszczeniu solidną dawkę, i to był nasz błąd. Kiedy weszłam do toalety po południu, musiałam się szybko wycofać – karaluchy wielkości małych myszy łaziły po podłodze, ścianach, suficie, a nawet zasłonce, która spełniała rolę drzwi. Widać chemia nie była w stanie ich zabić, ale za to zmobilizowała całe rzesze do ewakuacji. Konfrontacja z karaluchami rodem z horrorów, ale najgorsze miało dopiero nastąpić. Za dnia przed nimi uciekłam, jednak po zmroku potrzeba skutecznie zmusiła mnie do powrotu. Wiedziałam, że tam są. Wiedziałam, że są wielkie i że jest ich dużo. Wiedziałam, że mnie nie zjedzą, ale ta myśl nie przynosiła wielkiej ulgi. Latarka ledwo co oświetlała kawałek ściany, starałam się ich nie zauważać. Udało się pokonać strach, czułam się bohatersko, choć uczucie obrzydzenia było bardzo silne. Następnego dnia wszystko wróciło do normy, robale na nowo rozgościły się w dziurze, zostawiając ściany w spokoju. Do końca pobytu, gdy spotykaliśmy kogoś w drodze z toalety, informowaliśmy się o sytuacji: Droga wolna? Są? Czysty teren?
Toaleta ze spłuczką to genialny wynalazek, wspaniałe błogosławieństwo cywilizacji!

Szkoły

W kilkuosobowych grupkach przygotowujemy różne spotkania w szkołach. Choć to publiczne placówki, drzwi dla ewangelizacji są szeroko otwarte, możemy mówić co tylko chcemy. Wyzwaniem jest tylko ilość dzieciaków: w szkole podstawowej to prawie tysiąc, nie ma szans na bardziej osobisty kontakt, ciężko jest skoordynować jakiekolwiek gry czy zabawy, brak też oczywiście mikrofonu, trudno to wszystko ogarnąć. Udaje się jednak pokazać jakieś przedstawienie, wyjaśnić trochę dlaczego tu jesteśmy, opowiedzieć o Jezusie, pośpiewać, a dla starszych dzieciaków – poprowadzić studium biblijne.

Cieszy nas ciepłe nastawienie nauczycieli i entuzjazm maluchów. Szkoły wyglądają bardzo przyzwoicie, dzieci w mundurkach, solidne budynki. Niestety poziom kształcenia okazuje się być fatalny. Większość dorosłych ma trudności z czytaniem i pisaniem, dzieci często potrafią tylko napisać własne imię i policzyć do trzech. Klasy są zatłoczone, przeciętnie mają po 60-cioro dzieci, nauczyciele często strajkują, lekcje są odwoływane pod byle pretekstem. Nie ma miejsca i warunków na rozwój: gdy po raz pierwszy zaczynamy z dziećmi rysować, przez dłuższy czas oglądają z zaciekawieniem kredki i nie wiedzą, co z nimi zrobić. Nie znają żadnych gier czy zabaw prócz piłki nożnej, brak koordynacji ruchowej, brak podstawowej wiedzy. Widzimy też, jak szybko w odpowiednich warunkach ukazują się ich cenne talenty, jak wielki potencjał tkwi w tych dzieciaczkach, jakie są głodne możliwości, by się czymś wykazać. Myślę później często o ich przyszłości, pytam Boga co z nimi będzie, w jaki sposób można by im dać szansę. Modlę się, by wiele z nich żyło z Jezusem, inaczej niż ich rodzice.




piątek, 9 kwietnia 2010

Spotkania modlitewne


Pierwsze wydarzenie w naszym grafiku to poranne spotkanie modlitewne – nie jest obowiązkowe, ale Pastorka zaprasza, byśmy się przyłączyli. Pierwszy raz, naszego pierwszego ranka w Belfaście idziemy z ciekawości, a potem już nie chcemy opuścić żadnego z tych szczególnych spotkań. Wstajemy w poniedziałki, środy i piątki o 3:15 w nocy, we wtorki i czwartki o 3:45, wędrujemy przez pogrążone w ciemnościach podwórka. Pastorka puka w niektóre okna, dołączają się do nas kolejne osoby, a gdy wchodzimy do małej kościelnej salki, afrykańskie silne głosy płyną w noc, chwaląc Boga i wielbiąc Jezusa. Szybko uczymy się ich pieśni i stylu, w jakim prowadzone są spotkania: każda osoba powinna zaproponować jakąś pieśń i poprowadzić chór pozostałych głosów przynajmniej przez pierwszą zwrotkę. Wiem, że śpiew to nie jest moja mocna strona, ale w tych okolicznościach nasze głupiutkie europejskie wstydzenie się jest całkiem nie na miejscu. Co tam, dla Pana Boga mogę nawet fałszować, byle z serca. Po pieśniach ochotnicy mogą opowiadać historie Bożego działania w swoim życiu – jako że jesteśmy gośćmi, zawsze zaprasza się nas do mikrofonu, więc tego pierwszego poranka też co nieco opowiedziałam. A potem niespodzianka: spotkanie modlitewne to w gruncie rzeczy mini nabożeństwo. Pastorka zapowiada: zaśpiewamy pieśń, a potem brat podzieli się z nami Słowem Bożym, i wskazuje na Szczepana, jedynego mężczyznę z naszego zespołu, który wybrał się tego ranka do kościoła. Jest godzina 4:15 rano, jesteśmy tu od wczoraj, Szczepan ma minutę, by przygotować kazanie w języku angielskim. Dzięki Bożej pomocy poszło znakomicie i mogliśmy wyjść nakarmieni dobrym Słowem. Czasem bywamy na tych spotkaniach dość zaspani, ale do samego końca pozostajemy pod wrażeniem determinacji tej garstki chrześcijan z Belfastu. Dobrze jest śpiewać i modlić się, o każdej porze.

Noc

Ach te noce w Belfaście! Zdawać by się mogło, że w buszu to głusza i cisza - nic podobnego. Myśmy się przyzwyczaili, że sen jest naszą prywatną własnością. Ale tu przecież pojęcie własności prywatnej jest w zawieszeniu! Po pierwsze, muzyka. Okazuje się, że ambicją wielu naszych sąsiadów jest używanie posiadanego sprzętu muzycznego – podstarzałych kolumn, gramofonów, boomboxów, do maksimum możliwości. Chojnie pozwalają się “cieszyć” swoją prywatną, trzeszczącą dyskoteką wszystkim wokół. Nieraz przez całą noc. Dalej – koguty. Szalone koguty! Nie jesteśmy ekspertami od wiejskiego życia, ale koguty pieją chyba zwykle przed świtem? W Belfaście pieją od północy do zachodu słońca, bez przerwy, bez ustanku. A do tego dochodzi najbardziej znamienny element afrykańskiej nocy: bębny. Nieraz nie mogliśmy się nadziwić, jak uczestnicy bębniącej imprezy są w stanie wytrzymać takie natężenie. Bębnienie niesie się przez afrykańską noc jak refren, ciągle na nowo, jednostajny rytm, energiczne uderzenia, godzina walenia, kilka sekund przerwy, zmiana, i nowy rytm, nowe walenie, aż do rana. To bębnienie rozdziera serce, straszliwy trans dusz pogrążonych w ciemności: czary, alkohol, narkotyki, orgie, wywoływanie duchów przodków, gwałty, rozprzestrzenianie HIV, ciemne moce, odurzenie...

Już pierwszego dnia odkryliśmy, że noc zaczyna się gdzieś koło godziny 20tej – przed 19tą zachodzi słońce i później nie ma co siedzieć przy świeczce. Ale po tej wizycie u wodza, z tym pianiem, bębnieniem, graniem, jakoś ciężko mi było zasnąć, dość często słychać przerażające krzyki, teoretycznie wiele by się mogło złego wydarzyć, każdej nocy wiele złego dzieje się w sąsiedztwie. Czułam się trochę, jakbyśmy wkroczyli na wrogie terytorium. No i jeszcze tabletki na malarię – efekt uboczny to barwne sny, koszmary, czasem halucynacje. Może właśnie dlatego uszy płatały mi figle, tej pierwszej nocy szczególnie dużo słyszałam niepokojących dźwięków, miałam chwilami wrażenie, że jakiś ciężki płaszcz przykrywa nasz namiot. Dużo było wtedy duchowej walki, oj gorące były moje modlitwy, nocą w Belfaście!


sprzęt nagłośnieniowy w jednym z domów

Wizyta u wodza

Niegrzecznie być anonimowym gościem, więc pierwszego popołudnia wyruszyliśmy odwiedzić wodza wioski. Z daleka słychać było odgłos bębnów i muzyki. W jednym kącie jego dużego podwórka zgromadzone były podstarzałe kobiety w strojach czarownic, kilka z nich waliło w duże bębny, inne tańczyły w kółku. Powitały nas entuzjastycznie, zapraszając, byśmy się do nich przyłączyli. Były mocno pijane i wyglądały, jakby były w jakimś hipnotycznym transie lub pod wpływem narkotyków.

W innej części podwórka siedzieli mężczyźni, było ich może dziesięciu, w tym trzech czarowników. Kazano nam poczekać chwilę na wodza, by mógł się przygotować, bo przyszliśmy niespodziewanie. Usiedliśmy na ławkach, osobno kobiety, osobno mężczyźni, kobietom powiedziano, że nie powinny się odzywać. Wszędzie unosił się ostry zapach domowego piwa, stały plastikowe pojemniki, leżały butelki po alkoholu. Po chwili spośród grupki mężczyzn wstał jeden z czarowników, siadł przed nami na krześle. To on – powiedziała Pastorka, która poszła z nami jako tłumacz i osoba wprowadzająca. Przynieśliśmy ze sobą reklamówkę z prezentem dla wodza- trochę jedzenia, puszka z mięsem, broszury ewangelizacyjne i uświadamiające o AIDS. Na znak, że to właściwy moment, wstałam niepewnie z ławki (kobiety nie mogą patrzeć mężczyznom w oczy), dygnęłam dość koślawo przed krzesłem przywódcy (powiedziano, że wodzowi należy się pokłonić), faceci zaczęli kurtuazyjną rozmowę.

Wódz okazał się być dość miłym człowiekiem, serdecznie nas przywitał, ale był mocno odurzony jakimś narkotykiem (jak się później dowiedzieliśmy, wdychanym przez nos) i pijany. Ostrzegł nas przed przestępczością panującą we wsi, zapewnił, że jesteśmy mile widziani, a jego słowom wciąż wtórowało nieznośne, jednostajne bicie bębnów. W pewnym momencie wstał z piwnej ławki inny mężczyzna. To mój mąż – szepnęła Pastorka. Podszedł do nas bardzo chwiejnym krokiem i niezłym angielskim zaczął nas serdecznie witać. Jesteście tutaj światłością, która może odmienić nasz los. Cały Belfast jest pogrążony w ciemności, jesteście jedyną nadzieją dla tej wsi – mówił gestykulując, jego oczy stały się łzawe, a wódz zaczął być zakłopotany tym nagłym wystąpieniem. Pożegnaliśmy się krótko później, odczuwając bardzo dobitnie duchowy ciężar tego miejsca.

Podwórko Pastor Jeniffer





Wkrótce potem zmierzaliśmy już do Belfastu. Okazało się, że to całkiem spora wieś, złożona z setek domków i niedużych podwórek, sklejonych ze sobą w taki sposób, że do większości nie da się dojechać samochodem. Jak w każdej porządnej wsi, przez środek biegnie szeroka, piaszczysta droga, przy której znajdują się najważniejsze instytucje: szkoła podstawowa, średnia, przedszkole, kilka sklepików i straganów, przychodnia, a nawet maleńka stacja benzynowa i skrzynki pocztowe.
Wysiadamy niedaleko szkolnego boiska do piłki nożnej i w pierwszej chwili nie zauważamy budynku kościoła – to mały szary baraczek, bez krzyża czy jakiegoś napisu. Jeszcze kawałek i już jesteśmy na podwórku naszej gospodyni – Pastor Jeniffer.

Wśród przejrzałej kururydzy biegają 2 kurczaki, w błocie bawią się małe dzieci, w tle stoi nieduży, murowany domek. Na ławeczce pod drzewem siedzi pani koło 50tki, uśmiecha się do nas szczerbatym uśmiechem. Witamy się lekko onieśmieleni i zabieramy się do budowania naszego obozu: 4 namioty, kącik do gotowania, palenisko... Budujemy specjalny “pokoik”, który będzie przez najbliższe 2 tygodnie naszym prysznicem. Dowiadujemy się, że jesteśmy szczęściarzami. W tym roku na podwórku zamontowano kran – nie trzeba już nosić wody z rzeki! Woda w kranie czasem jest, czasem nie: ponoć płynie od 7:00 do 19tej, ale po afrykańsku znaczy to 9:00 – 17:00. Szybko uczymy się, jak postępować, żeby nie zostać z pustym baniakiem. Cieszymy się też z niespodziewanych udogodnień: pod drzewami czekają na nas stare kanapy – nasz salonik, toaleta to klasyczny wiejski wychodek, ale bardzo czysty i zadbany. Mamy do dyspozycji małą szopę z blachy falistej, w której przechowujemy naczynia i sprzęty kuchenne. Organizujemy się, rozwieszamy linki na pranie.

Pastor Jeniffer od czasu do czasu udziela nam pomocnych wskazówek: z każdym przechodniem należy się przywitać i porozmawiać, kobietom nie wolno gotować z gołą głową, mężczyźni nie noszą żadnych ciężarów, skoro mogą to robić kobiety (tej zasadzie sprzeciwialiśmy się regularnie i dość ostentacyjnie). Nasze małe obozowisko jest otwarte, wszystko widać jak na talerzu. Wiemy, że przesłanie Ewangelii, z którym tu przyjechaliśmy, to nie tylko kazania wygłoszone w kościele. Relacje między nami, czytość, hałas, gospodarowanie wodą, to, co wyrzucamy do śmieci i jak postępujemy z resztkami jedzenia, rola mężczyzn, ubiór, wolny czas... jesteśmy pod uważną obserwacją sąsiadów od pierwszych minut do samego końca pobytu.







Witamy w Cork




Wsie do których się wybieramy leżą niedaleko granicy parku narodowego Krugera, całkiem już blisko Maputo. Uchodźcy przedostawali się najpierw przez granicę, a potem walczyli o przetrwanie uciekając przed lwami i innymi groźnymi drapieżnikami. Części z nich udało się osiedlić w tych ubogich rejonach, zapomnianych przez ludzi z miasta. Wiele tu niepełnych rodzin, większość przedzierała się “na raty”, nie wszyscy dotarli do celu.

Zjeżdżamy wreszcie z asfaltu. Nasze obładowane busiki i przyczepki podskakują na wyboistej, piaszczystej drodze. Widzimy pochylone chatki, ubogie gospodarstwa, uśmiechnięte twarze ludzi machających nam na powitanie. Widzimy nędzę i prowizorkę, ale w porównaniu z miejskimi slumsami jest schludnie i czysto.

Gdy w Cork wysypujemy się z busików, błyskawicznie pojawiają się tłumy dzieciaków – nie wiadomo skąd i jak, ale po minucie jest ich już blisko setka. Kobiety z miejscowego kościoła nie mówią ani słowa po angielsku, ale ich twarze promienieją z radości. Wymieniamy kilka uprzejmych słów w Shangan, zaczynają się śpiewy, wkrótce wszyscy razem pląsamy w radosnym tańcu wdzięczności dla naszego Boga. Czujemy, że jesteśmy mile widziani i potrzebni.