poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Zielona mamba.

Wróciliśmy ze wyprawy na wieś, wiele można by opowiadać - postaram się spisać w najbliższych dniach choć kilka historii i wstawić trochę zdjęć. A jako wstęp do opowieści zdjęcie zielonej mamby, już martwej. W sumie w naszych obozach znaleziono takie dwie. Dziękujemy Bogu za Jego ochronę i opiekę, nic się nikomu nie stało.

wtorek, 15 marca 2011

Post 2011

Czy to jest post, w którym mam upodobanie, dzień, w którym człowiek umartwia swoją duszę, że się zwiesza swoją głowę jak sitowie, wkłada wór i kładzie się w popiele?
Czy coś takiego nazwiesz postem i dniem miłym Panu?
Lecz to jest post, w którym mam upodobanie: że się rozwiązuje bezprawne więzy, że się zrywa powrozy jarzma, wypuszcza na wolność uciśnionych i łamie wszelkie jarzmo, że podzielisz twój chleb z głodnym i biednych bezdomnych przyjmiesz do domu, gdy zobaczysz nagiego, przyodziejesz go, a od swojego współbrata się nie odwrócisz.
Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza poranna i twoje uzdrowienie rychło nastąpi; twoja sprawiedliwość pójdzie przed tobą, a chwała Pańska będzie twoją tylną strażą. Gdy potem będziesz wołał, Pan cię wysłucha, a gdy będziesz krzyczał o pomoc, odpowie: Oto jestem!


Księga Izajasza 58:5-9a



Jeśli chcesz przyłączyć się do wielkopostnej akcji Pomoc dla Lesotho, napisz do nas lub skontaktuj się z Sienną - naszym Kościołem w Warszawie, który organizuje zbiórkę.

czwartek, 3 marca 2011

Cud rozmnożenia

Misyjne życie to nie taka znowu nędza, ale jakiś czas temu zmagaliśmy się poważnie z cenami żywności - od pierwszego do pierwszego raczej nie starczało. Nim znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie musielibyśmy prosić Was o ratunek, zatroszczył się o nas sam Bóg. Szczepan, który regularnie odbiera dostawy jedzenia dla dzieci, zaczął dostawać różne produkty, i tak urosła z tego ładna cotygodniowa torba zakupów.

Bóg nie błogosławi nas po to, żebyśmy mieli więcej - pomyśleliśmy. Mniej więcej w tym samym czasie Mama Paulina płakała Weronice w kuchni, że nie wie już co ma robić. Próbuje ze swojej niewielkiej pensji opłacić rachunki, transport do pracy (półtorej godziny w jedną stronę), przedszkole wnuczki, szkołę córki, swoje leki (cukrzyca), i oczywiście wyżywić czteroosobową rodzinę. Jej mąż jest bezrobotny i nie wydobrzał jeszcze całkiem po napadzie i otruciu kilka miesięcy wcześniej. Co mamy, to damy - postanowiliśmy. Powiedzieliśmy Paulinie, że będziemy ją karmić. Prawda, trochę na wiarę!

Od początku roku zabieramy do pracy podwójny obiad - dla Pauliny drugie tyle, co dla nas obojga. Wiemy, że Mama zabiera to jedzenie też do domu, dla córki i wnuczki. Czasem skromniej, czasem z mięsem, ale staramy się żeby jedzenie było zdrowe. Nasza afrykańska przyjaciółka bardzo polubiła placki ziemniaczane i inne polskie ciekawostki. Co bardzo nas cieszy, zdrowotnie znacznie się poprawiła - wcześniej jadła nierówno i najtaniej, co nie pomagało jej na cukrzycę. Przestała pić kawę i słodzić herbatę, Weronika nauczyła ją pić zieloną i owocową.

Projekt jest może trochę czasochłonny, ale chyba i nam wychodzi na zdrowie. A Bóg dokonał cudu rozmnożenia. Wcześniej nie starczało na dwoje, teraz gotujemy dwa razy tyle, i jakoś jest. Nadwyżek brak, ale dziękujemy Bogu że w lutym dociągneliśmy do końca miesiąca (a kto w Polsce nie gimnastykuje się od pierwszego do pierwszego?).

Rozmnożyło się nie tylko jedzenie, ale również miłość. Mama kochała nas już wcześniej, ale teraz wylewa przed nami swoje serce. Modlimy się razem codziennie i gadamy o Bożej dobroci. Kilka dni temu zaczęłyśmy się modlić o niewierzącego Alexa, męża Pauliny. Wczoraj modliliśmy się konkretnie, żeby Alex sięgnął po Biblię. Dziś rano Mama uśmiecha się szeroko: "Wróciłam wczoraj do domu i mój mąż czytał Biblię. Przez całe życie czegoś takiego nie widzialam!"

niedziela, 20 lutego 2011

Zbudować dom

Precious, do niedawna podopieczny centrum Meetse gdzie pracuje Szczepan, ma dwadzieścia lat. Niestety w grudniu nie zdał do 12. klasy i musiał pożegnać się ze szkołą - jest już za stary, by powtarzać rok. Tak się czasem dzieje, ale konsekwencje są poważne. Precious stracił szkolne stypendium, które było jedynym źródłem utrzymania dla niego i braci, którymi się opiekuje. Jest dla nich ojcem, matką i jedynym żywicielem.

Precious jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Chłopaki zostali sami, po tym jak obaj rodzice zmarli na AIDS.

Precious chciałby pracować jako stolarz albo hydraulik, ale nie ma żadnych kwalifikacji. Pewien stolarz zadeklarował, że chętnie zajmie się chłopcem, nauczy go stolarki i będzie pomagał mu czytać Biblię, tak by wyrósł na pobożnego człowieka. Postawił jednak warunek - Precious musi zdać egzamin kwalifikacyjny, który pokaże, czy chłopak nadaje się do tego zawodu.

Precious przystąpił do egzaminu i czeka na wyniki. Pamiętajcie o nim w swoich modlitwach.

Warto się modlić

Paulina przychodzi smutna i zapuchnięta, więc pytam, co się dzieje. Tłumaczy, że dzień wcześniej zmarła siostra jej męża. Na co zmarła? Była "chora" - she was sick, jak wszyscy co umierają. Nikt nie wypowie otwarcie tej czteroliterowej nazwy, która wisi nad Afryką jak przekleństwo.

Dalej w ciągu dnia jest więcej łez i więcej smutku. Dowiaduję się, że na pogrzeb trzeba jechać kawał drogi, a Paulina nie ma pieniędzy. Ustalili, że nie zapłacą w tym miesiącu rachunków, i pojedzie tylko mąż. Łzy płyną ciurkiem, gdy kobieta przyznaje, że zmarła była dla niej jak siostra, ale przecież może jechać tylko jedna osoba, więc nie ona.

Myślę, wspólnie się smucimy, mówię: Mama, pomogłabym Ci, ale nie mamy teraz pieniędzy. Trzeba się modlić. Ile jest potrzebne? 600 randów (250 zł). Paulinie wpada do głowy nowa myśl, rozjaśnia jej się trochę twarz - no tak, trzeba się modlić.

Dwa dni później Paulina nieśmiało wchodzi do mojego biura, ale widać, że koniecznie musi coś powiedzieć. Jadę na pogrzeb! - cieszy się. Oboje jedziemy! Nie musimy nic płacić, jakiś sąsiad który ma samochód też jedzie na pogrzeb, też w te rejony, i weźmie nas ze sobą. Warto się modlić! Bóg sprawił cud.

Maść dla konia

Paulinę bolały kolana. Znajoma emerytka, biała afrykanerka, postanowiła jej pomóc. Przyniosła jej maść. Wyjaśniła przy tym, że kupiła ją u weterynarza. Bo to maść dla konia.
Paulina opowiada mi tę historię, a we mnie rośnie oburzenie. Co za bezczelność! Co za rasizm!

Ale widzę, że Paulina zamiast się złościć, zanosi się ze śmiechu. Nie rozumiesz - mówi. Ona mi wyjaśniła, że tę maść dla konia kupiła dla siebie, że przetestowała na swoich kolanach, i że pomaga! To nie rasizm, to zwykłe dziwactwo...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Jasełka w Lesotho

Święta tego roku zgubiły nam się gdzieś w podróży, w drodze, w byciu nie u siebie. Ale dały się przepięknie odczuć w tej jednej krótkiej chwili, kiedy po karkołomnej przeprawie samochodem przez góry dotarliśmy do wsi, być może tak niedostępnej i nieważnej jak Betlejem 2000 lat temu.

Przyjechaliśmy z wizytą do misjonarki, której wcześniej na oczy nie widzieliśmy. Serca nam rosły, kiedy słuchaliśmy, jak ta dzielna amerykańska pielęgniarka opowiada o swojej trudnej walce z HIV i AIDS, żyjąc bez prądu i z dala od wszystkiego co znajome. No i zjawiliśmy się na czas, by uczestniczyć w pierwszych jasełkach w historii wsi. W zasadzie było to pierwsze przedstawienie w historii wsi.

Słuchaliśmy fragmentów z Ewangelii i świeżo napisanych, pierwszych w historii kolęd w lokalnym języku: "Chodźmy, chodźmy zobaczyć Jezusa..." i zdarzyły się Święta - niezbyt uroczyste, ale prawdziwe... I pasterze naprawdę byli przesiąknięci zapachem owiec, a ciekawość, by Go zobaczyć nie pozwalała stać spokojnie w miejscu.

Zwiastowanie: Maria i Anioł

Prawdziwe owce i prawdziwi pasterze: