Ostatni weekend przed przeprowadzką spędziliśmy nieprawdopodobnie przyjemnie – odwiedził nas Bartek Tesluk - Polak, który spędził w Południowej Afryce już kilka miesięcy, zaangażowany razem z międzynarodowym zespołem w praktyczne prace porządkowe i remontowe. Błogosławili w taki praktyczny sposób różne misyjne projekty i organizacje, podróżowali po Afryce, poznawali życie różnych grup społecznych. Brzmi to wszystko jak wspaniała, ale też męcząca przygoda – dużo czasu spędzonego w podróży, kempingowe warunki, prowizoryczne jedzenie... Nasz weekend był więc nastawiony na solidny wypoczynek, dobre jedzonko i trochę atrakcji – zwiedzanie Pretorii, wspólne wyjście do “normalnego”, nie namiotowego kościoła, rozmowy wyłącznie po polsku... Dla nas najcenniejsze były właśnie rozmowy – mogliśmy się lepiej poznać i na nowo uświadomić sobie, jaki to niesamowity cud, że Bóg nas tak bardzo kocha. Troje Polaków, zapatrzonych w Niebo, spragnionych Bożego działania, siedziało sobie w Afryce, 10 000 km od domu, przy braaiu (grillu) i nie mogło się temu nadziwić.
piątek, 22 stycznia 2010
Polski weekend
Autor:
Weronika
o
22:21
2
komentarze
środa, 13 stycznia 2010
Stało się.

Czemu ci misjonarze z takim upodobaniem zaprzeczają poczuciu estetyki? Dlaczego jednym z ich ulubionych atrybutów są bezkształtne, plastikowe buty? Kiedyś być może można było poznać misjonarza po sandałach i lasce, dzisiaj - po spodniach w kolorze khaki i kroksach - wstrętnych plastikowych drewniakach.
Wystarczył jeden wyjazd, doświadczenie wspólnych łazienek na końcu korytarza, niezbyt czystych i zawsze zalanych wodą, w których bez trudu można było spotkać ropuchy, gąsienice, świerszcze, ślimaki, pająki i nietoperze. Wystarczyło uświadomić sobie, że w przyszłym tygodniu przeprowadzamy się do bazy treningowej, a tam łazienki są oczywiście na zewnątrz. Tylko tyle i oto całe nasze zarzekanie się, że my to absolutnie nigdy, okazało się nic nie warte. Kupiliśmy za grosze podrabianą wersję słynnych bucików. Przez pół dnia nie mogliśmy się nadziwić, jakie wygodne. Szczepan ma granatowe, ja - szarobure. Stało się. Jesteśmy teraz prawdziwymi misjonarzami :D
Autor:
Weronika
o
23:41
9
komentarze
Pieniądze i przyjaźń
Z konferencji przywiozłam fascynującą książkę o afrykańskiej kulturze i społeczeństwie, na pewno będę jeszcze coś więcej na ten temat pisać. W każdym razie cieszę się, że nabyłam nieco wiedzy w doskonałym momencie. Inaczej dzięki temu rozumiem, co się wydarza. Tyle tylko, że wiedza, to jeszcze nie mądrość. Zdaje się, że nie mam pojęcia, jak postąpić, ale cóż - przynajmniej rozumiem.
W tym momencie trzeba powiedzieć, że mamy z gruntu inne koncepcje przyjaźni. Przyjaźń po naszemu, jeśli jest szczera i prawdziwa, nie miesza się z interesami, nie mówi o pieniądzach, nie liczy na zyski. To właśnie, po naszemu, prawdziwa przyjaźń. Przyjaźń po afrykańsku jest zgoła inna. Jeśli jest szczera i prawdziwa, nie tylko dopuszcza, ale wręcz wymaga zaangażowania materialnego, wymiany dóbr, troski o potrzeby drugiej strony. W skrócie – jeśli jesteś moim przyjacielem, poproszę Cię o przysługę, a ty mi pomożesz. Zawsze. A ja będę Cię zawsze prosić o przysługę. (Oczywiście, że jest tu miejsce na odwzajemnienie!) Tak budują się gigantyczne siatki powiązań, relacje wdzięczności i zobowiązania, które pomagają przetrwać bez dochodów i bez kredytów w banku. Zaangażowanie materialne to najbardziej oczywisty objaw bliskości.
I tu pojawia się wyzwanie – jak wkroczyć w ten uporządkowany, powiązany wzajemnie świat, zrozumieć jego zasady i zbudować jakieś wartościowe relacje? Być może nie należy się zniechęcać, nie warto się frustrować, ale choć wiemy jak to działa, nie wiemy jak z tego wybrnąć! Oto przykład z wczoraj.
Trzech ogrodników siedziało pod naszymi schodami. Jedli leniwy lunch – robią sobie zwykle przynajmniej godzinkę przerwy około południa. Szczepan nakroił im arbuza i zaniósł – prosto z lodówki, idealnie na upalny dzień. Chłopaki się ucieszyli, przyjęli prezent z wdzięcznością, która przerodziła się w spontaniczny aplauz. Zależy nam oczywiście na tym, żeby się zaprzyjaźniać, więc cała sytuacja nas bardzo ucieszyła. Kilka godzin później usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Przyszedł nasz kolega od arbuza, zwrócić nam plastikowy pojemnik. Przy okazji poprosił nas o pożyczkę. Przeprosiliśmy mówiąc, że nie trzymamy w domu gotówki. Poczuliśmy się przybici.
Co tak naprawdę się wydarzyło? W rozumieniu europejskim, nasz nowy kolega okazał się nie być prawdziwym kolegą, ale chciał wykorzystać nasze miękkie serca. Może po części to prawda, ale gdyby zapytać jego samego, przedstawiłby całkiem inną wersję wydarzeń. Powiedziałby zapewne, że daliśmy mu arbuza i staliśmy się przyjaciółmi. On, jako nasz przyjaciel, ma konkretne potrzeby finansowe, a my mamy zasoby – w każdym razie większe, niż on sam. Przyszedł więc do przyjaciół z prośbą o pożyczkę, a my, odmawiając, potraktowaliśmy go jak obcego. Z przyjaźni nici.
Autor:
Weronika
o
23:22
2
komentarze
Konferencja na końcu świata i Jakub
Ostatnich kilka dni spędziliśmy na corocznej konferencji naszego misyjnego zespołu – jak się wszyscy nazjeżdżali z różnych miast, z Durbanu, z Cape Town, z różnych mniejszych miejscowości, to się nazbierało 140 dusz, misjonarzy pracujących pod szyldem południowoafrykańskiego OM. Choć miejsce konferencji nie było zbyt odległe, może pół godziny jazdy od Mamelodi, w pewnym momencie zaczęły kończyć się szosy, a twarde drogi zamieniły się w czerwone piaszczyste trakty, wijące się wśród zielonego buszu. Farma, położona na totalnym odludziu, miała dość nietypową architekturę – zamkowe wierze i grube mury, w kształcie fortecy. W zagrodzie pasły się konie, nieco dalej – strusie, a do płota umocowany był neonowy krzyż z niekompletnym zestawem żarówek.
To właśnie tutaj spędziliśmy czas, budując relacje i poznając ludzi. Było trochę okazji, by posłuchać natchnionych historii dzielnych bohaterów. Że też dzielnymi bohaterami ludzie stają się zwykle poprzez cierpienie... Ktoś stracił wzrok, ktoś inny - oboje rodziców w ciągu jednego miesiąca. Poznaliśmy nieco ciekawych osobowości, ludzi zapalonych dla Boga i Ewangelii, nieco ekscentryków, nieco dziwaków. Patrząc uważniej, dało się też zauważyć nieco złamanych, zagubionych serc. A w tym wszystkim, przede wszystkim – dużo oczekiwania na Boże działanie, że On to jakoś wszystko poskłada, i że misyjny wehikuł pomknie w nową dekadę z jeszcze większym pędem i ogniem, że się wiele osób uda uratować, podnieść, opatrzyć wiele ran i posilić wiele dusz. Nawet jeśli nasze własne też potrzebują się ogrzać, starczy tego ognia dla wszystkich.
No i przez te kilka dni, gdy program niespecjalnie – po afrykańsku – napięty, czytaliśmy wszyscy List Jakuba, list, jak podkreślali kaznodzieje, napisany w czasie teraźniejszym, elektryzujący i ponaglający do działania. Jeśli mówisz, że wierzysz, to odpowiednio do swojej wiary działaj! Działaj z miłością, niezależnie od przeciwności, działaj! Bo co znaczą słowa, jeśli nie niosą żadnej zmiany?
A bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie. Bo jeśli ktoś jest słuchaczem Słowa, a nie wykonawcą, to podobny jest do człowieka, który w zwierciadle przygląda się swemu naturalnemu obliczu; bo przypatrzył się sobie i odszedł, i zaraz zapomniał, jakim jest. Ale kto wejrzał w doskonały zakon wolności i trwa w nim, nie jest słuchaczem, który zapomina, lecz wykonawcą; ten będzie błogosławiony w swoim działaniu. Jeśli ktoś sądzi, że jest pobożny, a nie powściąga języka swego, lecz oszukuje serce swoje, tego pobożność jest bezużyteczna. Czystą i nieskalaną pobożnością przed Bogiem i Ojcem jest to: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli i zachowywać siebie nie splamionym przez świat.
(List Jakuba 1:22-27, Biblia Warszawska)
Autor:
Weronika
o
22:51
1 komentarze
Zion Christian Church
Kim oni są?
Próbując zrozumieć duchową rzeczywistość w RPA, zaczęliśmy się zastanawiać, jak to możliwe, że wg oficjalnych statystyk, jest tu aż 70% chrześcijan, skoro w Pretorii, jak na tak duże miasto, chrześcijańskich kościołów jest niewiele. Którejś niedzieli zabłądziliśmy w slumsowej części Mamelodi, dotarliśmy w okolice torów kolejowych i fabrycznych ruin. Tam zaciekawiły nas porozsiewane po polach, zgromadzone w kręgach pod drzewami grupy ludzi ubranych w białe szaty, kobiety z białymi chustami na głowach. Wyglądało to na religijne zgromadzenie, ale nie przypominało nic, co już znamy. Później zaczęliśmy zauważać, że nie tylko strażnicy na naszym osiedlu, ale też sprzedawcy, ogrodnicy, zwykli przechodnie, kobiety i dzieci, często noszą przypiętą do piersi zieloną odznakę ze srebrną gwiazdą, a czasem też czapki, przypominające wojskowe, z tym samym emblematem. Postanowiliśmy dowiedzieć się więcej.
Wódz i miliony wyznawców
ZCC – Zion Christian Church (w polskiej literaturze występuje jako syjoński Kościół Chrystusowy) ma w tej chwili, w swoich dwóch odłamach, od 13 do 15 milionów członków – to przeszło 1/3 ludności RPA! Kościół powstał w 1924 roku, ale jego błyskawiczny przyrost to ostatnie dziesięciolecie, kiedy to stał się największym “chrzescijańskim” wyznaniem w kraju.
ZCC został założony przez Ignatiusa Lekganyane, wnuka znanego afrykańskiego czarownika, który w dzieciństwie zetknął się z chrześcijaństwem uczęszczając do misyjnej szkoły. Godność wodzów i biskupów w ściśle przestrzeganych strukturach kościoła sprawują wyłącznie potomkowie Ignatiusa, który jest określany przez syjonistów jako “czarny mesjasz”, “posłany przez Boga”. Sam założyciel, jak i wszyscy następcy, są utożsamiani z wcielonym Jezusem, mają mieć dzięki temu moc prorokowania i uzdrawiania, i uważa się ich za pośredników między Bogiem a człowiekiem. (Proroczy dar założyciela potwierdzać ma fakt, że przepowiedział klęskę Niemiec w II Wojnie Światowej).
Miłość, pokój i święta herbata
W nauczaniu ZCC duży nacisk kładzie się na miłość, pokój, pokorę, sumienność i uczciwe życie – tradycyjne elementy biblijnej moralności. To, co wyróżnia ZCC to wpływ animistycznych wierzeń i rytuałów, a także cudowne uzdrowienie, które jest najbardziej eksponowanym elementem nauczania. Wiele wyjaśnia fakt, że 80% członków kościoła przyłączyło się do niego licząc właśnie na uzdrowienie. W uzdrowieńczych rytuałach stosuje się skrapianie i obmywanie wodą ze specjalnych źródeł, objawionych wodzowi. Chorym podaje się też wodę z solą, mającą wywołać uzdrowieńcze wymioty, nakłuwa się ręce, nogi lub nos cienkimi igłami, czasem przykrywa się ich kartkami papieru. Również fragmenty ubrań i miedziany drut poświęcone przez biskupa mają mieć właściwości uzdrowieńcze, chronić przed powrotem choroby i atakiem złych duchów. Powszechnie stosuje się też poświęconą herbatę i kawę, sprzedawane w sklepach spożywczych na wsiach i w slumsach w całym kraju.
Taka jest wola przodków
Największym świętem wyznawców ZCC jest Wielkanocny Festiwal, kiedy to do Zion City Moria niedaleko Polokwane w Limpopo przybywają miliony wyznawców, aby uczestniczyć w kilkudniowym nabożeństwie. Biskup nie tylko uzdrawia i błogosławi tłumy, ale też przekazuje im wolę przodków i ich oczekiwania wobec żyjących. Warto tu dodać, że Wódz nie tylko jest pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem, ale też między żyjącymi a umarłymi. W swojej doktrynie ZCC zezwala na uczestnictwo w tradycyjnych rytuałach, spożywanie mięsa ze zwierząt ofiarnych i często wyjaśnia choroby i nieszczęścia, lub odwrotnie – błogosławieństwo i dobre plony, odwołując się do działalności umarłych i rozmaitych duchów. Mimo rygoru moralnego (zakaz spożywania palenia, spożywania alkoholu i wieprzowiny, wstrzemięźliwość seksualna i nietolerowanie rozwodów), tradycyjne afrykańskie wpływy widoczne są też w akceptacji dla poligamii – przywódcy miewają nieraz przeszło 20 żon.
Gdzie znaleźć nadzieję?
Nietrudno zrozumieć popularność religii, która głosi równość i miłość uciśnionym, obiecuje zdrowie chorym, a na czele stawia nareszcie jednego ze swoich, człowieka tej samej rasy. Kościoły mogą mnożyć się bez przeszkód, bo większość z nich nie posiada własnych budynków, ale gromadzi się w plenerze, zwykle pod dużym drzewem. Jezus z Nazaretu i jego Ewangelia bez przeszkód mieszają się z tradycyjnymi wierzeniami, bo wyznawcy zwykle potrafią czytać bardzo słabo lub wcale i zwyczajnie nie znają treści Biblii. Potrzebują nadziei, i znajdują ją - w świętej wodzie, w kawałku drutu, w odwiedzinach biskupa. Aby do nich dotrzeć, potrzeba jednocześnie bezkompromisowego trwania w prawdzie Słowa Bożego i ogromnej wrażliwości kulturowej. Podejmijcie razem z nami wyzwanie i módlcie się o tych ludzi!
Autor:
Weronika
o
21:56
1 komentarze
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Lądowanie w Afryce
Lepiej późno niż wcale :) Lądowanie w RPA :)
Autor:
Szczepan
o
22:00
3
komentarze
piątek, 1 stycznia 2010
Uwaga! Słowo! Dla Ciebie!
Dobrze wejść w Nowy Rok duchowo odświeżonym, odnowionym - a czasem, może warto by było - całkowicie zrewolucjonizowanym.
Internet jest błogosławieństwem, mogliśmy dziś posłuchać kazania po polsku, z Warszawy. Niesamowite. Ty też koniecznie posłuchaj!
www.media.sienna.waw.pl
Arkadiusz Kuczyński: Jezus jako największy i niepodważalny autorytet wszechczasów
Autor:
Weronika
o
12:28
0
komentarze